Wspomnienie Antoniny Kaweckiej w 30. rocznicę śmierci
5 października minie 30 lat od śmierci jednej z najważniejszych artystek związanych z poznańską sceną. Pielęgnując pamięć o wielkiej śpiewaczce i jej dokonaniach publikujemy eseje poświęcone jej pamięci.
O Antoninie Kaweckiej w 80. rocznicę urodzin
Sławomir Pietras
W latach siedemdziesiątych opowiadano w Poznaniu o staruszce, która pewnego razu prowadziła ulicą Fredry kilkuletnią dziewczynkę. Panienka wyraźnie opierała się, nie chcąc wejść do Gmachu pod Pegazem „Choć, pójdziemy do opery na Halkę! – perswadowała starsza pani. Kiedy babcia była w twoim wieku, też zaprowadzono ją na Halkę i też śpiewała Antonina Kawecka. Zobaczysz wielką artystkę, którą zapamiętasz na całe życie”.
Po latach odważyłem się powtórzyć tę anegdotę artystce. Nie było to łatwe. Kawecka wprawdzie słynęła z poczucia humoru, ale – jak większość primadonn – nie zawsze na swój temat. Chciałem koniecznie autoryzować drobną przecież złośliwość, by móc ją później opowiadać i wreszcie przytoczyć dzisiaj. W końcu jakże nielicznym artystom, w całej historii opery, udało się zadziwiać kolejno dziadków, ojców i wnuki...
Kawecka, po czujnym wysłuchaniu dowcipu z miejsca odparowała: „Możesz to opowiadać nawet po mojej śmierci, ale zawsze dodawaj, że w ciągu ponad trzydziestu lat dublowało mnie w Poznaniu co najmniej 16 sopranów. Spróbuj ustalić gdzie się podziały, co się z nimi stało? A potem dopiero opowiadaj anegdoty”
Od niepamiętnych czasów Poznań zawdzięczał opinię miasta operowego głównie wiernej, przychylnej i wdzięcznej publiczności. Talenty śpiewacze i baletowe zaczęły się rodzić nad Wartą dopiero w ubiegłym stuleciu. Operowe gwiazdy okresu międzywojennego były prawie zawsze „nietutejsze”. Ze Lwowa przyjechała w 1919 roku Józefa Zacharska, pierwsza Halka w Gmachu pod Pegazem. Z Warszawy przybyły kolejne soprany dramatyczne: Irena Cywińska, Maria Bojar-Przemieniecka i Stani Zawadzka. To samo z tenorami (Bedlewicz, Prawdzic, Woliński, Czarnecki, Drabik, Peter), barytonami (Wiśniewski, Dolnicki, Karpacki), basami (Urbanowicz, Gorski, Zalewski), mezzosopranami (Lenczewska, Roessler-Stokowska, Szabrańska), wreszcie gwiazdami operetki (Marynowicz, Fontanówna, Bestiani). Wszyscy oni skądś do Poznania przyjechali i dopiero tutaj zapracowali na wspaniałą tradycję operową miasta. No może z wyjątkiem Marii Janowskiej-Kopczyńskiej, która od niepamiętnych czasów mieszkała przy ul. 27 Grudni, a obok kina „Sfinks”, Jadwigi Musielewskiej – od dziecka gnieżdżącej się z rodziną w Ratuszu, gdzie ojciec był dozorcą, czy Felicji Kurowiak, urodzonej na parterze domu przy ul. Matejki na Łazarzu.
Kariera Antoniny Kaweckiej tak bardzo zrośnięta jest z Poznaniem, że czytający zapewne oczekują teraz nazwy dzielnicy, w której urodziła się przyszła nasza gwiazda. Niestety, nie urodziła się w Poznaniu. Stało się to 16 stycznia 1923 roku na warszawskiej Woli. Nigdy nie ukrywała daty urodzenia, co było niemal powszechnym obyczajem artystek jej pokolenia. Sytuację ułatwiała II wojna światowa i okupacja. Po jej zakończeniu wiele polskich kandydatek na operowy nieboskłon w przeczuciu przyszłych karier ujęło sobie z wdziękiem po kilka lat doczesnego żywota. Później jedne twierdziły, że to najeźdźcy zniszczyli metryki urodzenia, inne – że hitlerowcy zbombardowali kościoły i księgi parafialne ze stosownymi zapisami. Toteż jedna przedwojenna warszawska balerina musiała po wojnie tańczyć
w Poznaniu o 10 lat dłużej. Umęczona kuśtykaniem w roli Odetty-Odylli i Aurory wielokrotnie zgłaszała do kadr chęć uzupełnienia opowieści o zbombardowanym
w Warszawie kościele informacją o cudownym odnalezieniu prawdziwej metryki urodzenia. Napotykała jednak na ostentacyjną niechęć urzędniczki w kadrach,
o której po latach mówiła z niechęcią, że – „stalinówa”!
Ale wróćmy do Kaweckiej. Talent artystyczny, a zwłaszcza zdolności muzyczne odziedziczyła po ojcu. Był przystojnym wziętym muzykiem, niestety zbyt uwodzicielskim i niestałym w uczuciach. Toteż od wczesnego dzieciństwa jedynaczkę wychowywała matka. Była osobą gorzko doświadczoną przez samotne życie, rodzicielką niezwykle troskliwą, a zarazem surową i wyrozumiałą wobec wczesnych pragnień artystycznych córki. Niedaleko kamienicy, w której mieszkały obie na Woli funkcjonowało nieme jeszcze kino, gdzie prócz filmów odbywały się występy muzyków, śpiewaków, tancerzy i cyrkowców w repertuarze rewiowym
i varieté. Ileż to razy przemykając pod łokciami bileterów mała Tośka wkradała się na salę, aby chłonąć czarodziejski świat pachnący szminką, pudrem, perfumami
i specyficznym zaduchem widowni.
W czasach mojej pracy w Łodzi szliśmy kiedyś ul. Piotrkowską z Antoniną Kawecką, wówczas już profesorem konserwatorium i niespodziewanie naprzeciwko pojawił się żwawy, gadatliwy staruszek. Zatrzymał nas, obcałował Maestrę i zwracając się do mnie z satysfakcją oświadczył: „Ona przeze mnie została artystką. We wczesnych latach trzydziestych z moją Gienią pracowaliśmy w cyrku,
a dodatkowo tańczyliśmy w kinie „Kometa” na Woli, w repertuarze wzorowanym na duecie Niewęgłowskich. Wtedy to ta smarkula prosiła nas niemal codziennie, aby wpuszczać ją na gapę przez okno w garderobie. Od tamtego czasu nie spuszczałem jej z oka. Najpierw w okupację, podczas konspiracyjnych koncertów w domach i kościołach, po wojnie na tułaczce w Częstochowie, Lublińcu i na pierwszej posadzie teatralnej w Bytomiu, wreszcie pod koniec lat czterdziestych na gościnnych występach operowych w Teatrze Polskim w Warszawie, skąd trafiła do Poznania, gdzie do dziś nazywają ją królową opery polskiej. Widzisz Tośka, wszyscy najlepsi Warszawiacy pozostali na wygnaniu: ja w Łodzi, ty w Poznaniu, Kostrzewska we Wrocławiu, a Bursztynowicz w Szczecinie”.
Był to Tadeusz Sutt, w młodości cyrkowiec, potem tancerz, po wojnie artysta Syreny, dyrektor łódzkiej Estrady, postać barwna i romansowa. Właśnie powiadomił nas uroczyście, że spłodził niedawno kolejne dziecko z kolejną żoną. Słuchaliśmy tego z niedowierzaniem, a żwawy staruszek dziarsko wykrzykiwał: „Jestem najstarszym kochankiem świata, a na pewno nikomu w Polsce nigdy nie udało się w moim wieku zostać ojcem!”. Kiedy wreszcie udało nam się odejść, Kawecka westchnęła: „jestem przecież już po sześćdziesiątce, to ile lat może mieć ten Sutt skoro przed wojną był ode mnie kilkanaście lat starszy?”
Skręciliśmy z Piotrkowskiej w kierunku Teatru Wielkiego, gdzie trwały próby do galowego wieczoru na sześćdziesiątą rocznicę urodzin Marii Callas. Kawecką udało się wtedy namówić na ostatni sceniczny występ w Tosce. Kiedy mijaliśmy foyer nasz teatralny fotograf – Chwalisław Zieliński, jakby przeczuwając przyszłą potrzebę, zaproponował nam wspólne zdjęcie na tle rocznicowych afiszy.
Antonina Kawecka była niemal rówieśniczką Marii Callas. Genialna Greczynka urodziła się pod znakiem Strzelca, a więc o prawie jedenaście miesięcy później niż wielka Polka. Ale ten 1923 rok okazał się szczęśliwy zarówno dla światowej, jak i polskiej opery. Kiedy minęło 80 lat od urodzin Antoniny Kaweckiej, jej samej nie było już wśród nas od przeszło lat pięciu. Gdyby żyła, przygotowywałaby na pewno do operowych karier kolejne roczniki wychowanków. Może dałaby się namówić na spisanie wspomnień? W swym pięknym mieszkaniu przyjęłaby – jak co roku – kilka kompletów urodzinowych gości, a ja w prezencie, – jak co roku – obiecałbym napisanie książki, na której wydanie zapewne nigdy by się nie zgodziła.
Teraz mogę już nie pytać o zgodę. Póki pamiętamy jak śpiewała, jak wyglądała, co mówiła, jak uczyła, z czym się nie zgadzała, co uwielbiała, z kim się przyjaźniła, czego nie tolerowała – trzeba spróbować to utrwalić. Nie można puścić w niepamięć jej zasad pedagogiki wokalnej, poglądów na kształt teatru operowego, roli protagonistki w operowym repertuarze, licznych sporów z kolejnymi dyrektorami. Nie warto zapomnieć o przeobrażeniu z młodzieńczego mezzosopranu na sopranowy głos dramatyczny głównych bohaterek Verdiego, Pucciniego, Moniuszki i Wagnera. A liczne występy zagraniczne, ogromny repertuar pieśniarski, nagrania radiowe i telewizyjne, lata pracy nad głosem i interpretacją z Józefem Wolińskim, Stefanem Beliną-Skupiewskim, Adamem Didurem, Stanisławem i Margeritą Trombini-Kazuro, wreszcie pierwsze kroki na scenie, a przedtem okupacyjne debiuty i przedwojenne fascynacje?
W osiemdziesiątą rocznicę urodzin największej gwiazdy operowego Poznania i wybitnej postaci opery polskiej XX stulecia, rozpoczynam pisać opowieść o tej, której zawdzięczam swą operową młodość, życiowe folie lyrique, wreszcie w dużej mierze zawodowe losy.
Oj, nie lubiła Ona dyrektorów oper, nie lubiła...
Artykuł pochodzi z 9. numeru pisma „Operomania”, które było wydawane przez Teatr Wielki w Poznaniu.
***
Antonina Kawecka – pasja i namiętność
Małgorzata Wójcik
Początek kariery solistycznej Antoniny Kaweckiej, jak na prawdziwą primadonnę przystało, obfitował w wydarzenia nagłe i niespodziewane. Na deskach Opery Śląskiej w Bytomiu wykonała partię Santuzzy w „Rycerskości wieśniaczej” Pietro Mascagniego, zastępując chorą koleżankę, Wiktorię Calmę. To Adam Didur, ówczesny dyrektor bytomskiej sceny, bez wahania wskazał młodziutką solistkę, zatrudnioną niespełna dwa miesiące wcześniej, na zastępczynię niedomagającej Calmy:
- No przecież Tośka to zaśpiewa, bez przerwy stoi w kulisach – zawyrokował. I Tośka zaśpiewała.
Po latach artystka z dystansem komentowała niespodziewany debiut w roli porzuconej Santuzzy, tym bardziej że w spektaklu miała wykonywać partię Loli: „Tego wieczoru (…) groziło odwołanie przedstawienia, co nie pozostałoby bez znaczenia dla naszych skromnych finansów, wówczas nie mieliśmy jeszcze stałej gaży. Koledzy zażartowali: Tośka, stoisz za kulisami podczas przedstawienia, to chyba znasz Santuzzę?. Nieświadoma odpowiedzialności, potraktowałam sprawę serio i po krótkiej próbie z dyrygentem Jerzym Sillichem oraz reżyserem Romualdem Cyganikiem zdecydowałam się zaśpiewać. Dziś wręcz nie mogę uwierzyć w to, jaki tupet towarzyszy młodości. Po spektaklu skomentowano mój wyczyn (wybryk?) tak oto: Jesteś bezczelna, ale utalentowana[1]. Choć historia o dyrektorze Didurze, powierzającym partię Santuzzy młodej adeptce podpatrującej dotąd w kulisach operowe sławy, jest niewątpliwie bardzo malownicza, po latach pozostaje wierzyć głównej bohaterce opowieści.
Talent młodziutkiej solistki szybko zauważyli ówcześni recenzenci. Zachowane w archiwum poznańskiej opery recenzje jej pierwszych występów pełne są słów uznania i zapowiadają wielką karierę początkującej mezzosopranistki.
Z czasem brawurowa zastępczyni niedysponowanej Santuzzy przeniosła się do Poznania. Zrobiła to na zaproszenie ówczesnego dyrektora poznańskiej sceny operowej Zygmunta Latoszewskiego. 13 września 1947 „Głos Wielkopolski” obwieszczał: „Program, jaki będzie realizowany w nowym sezonie teatralnym, dyr. Latoszewski nazywa przełomowym. (…) Dyr. Latoszewski chce, by Opera Poznańska stała się świątynią sztuki. (…) Jeśli chodzi o obsadę personalną, do Poznania przybywa szereg sił śpiewaczych: dyrekcja kieruje się zasadą odkrywania, kształcenia i wprowadzenia również nowych śpiewaków. Spośród solistów i śpiewaków wystąpią panie: Zawadzka, Latoszewska, Szambrańska, Charłampowicz – sopran, młoda śpiewaczka Antonina Kawecka – mezzosopran[2]”.
Z młodzieńczego mezzosopranu stała się sopranem, by w końcu przemienić się w sopran dramatyczny, głos głównych bohaterek Wagnera, Verdiego, Pucciniego czy Moniuszki. Była niezapomnianą Carmen, wspaniałą Aidą, przejmującą Katarzyną Izmajłową, zrozpaczoną Izoldą oraz pełną dramatyzmu Halką. To właśnie po nagraniu na płytę tej partii posypały się propozycje występów w Polsce i za granicą oraz kolejnych nagrań.
Natomiast Tośką została do końca scenicznej kariery. Z czasem to wpadające w ucho imię nabrało innego znaczenia. Gdy Tośka śpiewała „Toscę” zapierało dech! Ona Toscą była. Partię oddanej aż po śmierć kochanki Cavaradossiego Antonina Kawecka wykonywała najczęściej w swojej karierze – i właśnie jako Tosca żegnała się ze sceną. Czyż można wybrać sobie bardziej wymowne słowa niż te, które w II akcie opery Pucciniego śpiewa tytułowa bohaterka: Żyłam dla sztuki, żyłam dla miłości?
Na cześć Antoniny Kaweckiej nazwano kantynę znajdująca się w przyziemiu, na tyłach Teatru Wielkiego. W Tośce przed i po spektaklu spotykają się widzowie i artyści – jedni i drudzy spieszą się na przedstawienie, każdy w przypisanej sobie roli i odpowiednim kostiumie. Do Tośki można dojść ulicą Wieniawskiego. Po drodze miniemy skwer Antoniny Kaweckiej, istniejący od 2018 roku – zielony fragment miasta zmyślnie ukrywający dysproporcje w bryle Gmachu pod Pegazem.
W Teatrze Wielkim w Poznaniu Antonina Kawecka wystąpiła w 28 premierowych realizacjach. Pierwszą był „Eugeniusz Oniegin” Czajkowskiego (1948), w którym wykonała jeszcze, zgodnie z ówczesną kwalifikacją głosu, mezzosopranową partię Olgi, ostatnią – Brunhilda w „Zmierzchu Peryna” Zbigniewa Penherskiego (1974). Z Teatru Wielkiego w Poznaniu odeszła w 1979 tak, jak wcześniej zapowiadała: nie u schyłku kariery, a w takim jej miejscu, by pozostać w pamięci odbiorców jako doskonała solistka. Swoją decyzję komentowała w wywiadach bez cienia goryczy: Uważałam, że śpiewak nie powinien być tym, który ostatni płaszcz z szatni zabierze. Wołałam słyszeć: „czemu ona już nie śpiewa” niż „czemu ona jeszcze śpiewa”. To była decyzja przemyślana. Musiałam pomyśleć o zrealizowaniu się w innej dziedzinie życia[3]. Już od 1971 roku za namową profesora Stefana Stuligrosza, rektora ówczesnej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Poznaniu (dzisiaj Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego), zajęła się pedagogiką wokalną. Spod jej skrzydeł wyszli, m.in. Elżbieta Ardam, Barbara Mądra, Marek Torzewski, Wojtek Drabowicz i Aga Mikolaj. Jeden z nich, Przemysław Czekała, członek Poznańskiego Zespołu Wokalnego AFFABRE CONCINUI, wykładowca Akademii Muzycznej w Poznaniu, poświęcił swojej mentorce pracę magisterską. Niektórych – jak Agę Mikolaj czy Wojtka Drabowicza – nie można już niestety zapytać o wspomnienia.
[1] W. Panek, Antonina Kawecka – urodzona dla sceny. W tegoż: Kariery i legendy. (dostęp online: 23.09.2022).
[2] Opera poznańska przed nowym sezonem. „Głos Wielkopolski”, 13 IX1947, R. 3, nr 255, str. 3, tekst podpisany: stł.
[3] Między rozumem a sercem. Z Antoniną Kawecką – profesorem wokalistyki z Akademii Muzycznej w Poznaniu – rozmawia Urszula Kubicka. „Dziennik Poznański”, 22 XII 1995.